|
Dzisiaj
jest jesień, wieczór, pada zimny deszcz, a ja usiłuję
sobie przypomnieć, jak to wszystko wyglądało piętnaście,
siedemnaście lat temu. Próbuję sobie przypomnieć
twarze, które wtedy widywałem pod sklepem, próbuję
przypomnieć sobie postacie i głosy, próbuję odtworzyć
w pamięci liczbę traktorów, ich kolory i typy, próbuję
usłyszeć dźwięki i zapachy wypełniające dolinę, próbuję
ustalić, co gdzie stało, gdzie kończyła się gliniasta
droga i zaczynały wertepy wiodące w pustkę gór i w
stronę granicy, która była wtedy granicą czechosłowacką.
Ale to jest próżny trud, ponieważ już dawno prawda
pomieszała mi się z fikcją, wymyślone z rzeczywistym,
historie widziane z tymi zasłyszanymi, z tymi wyobrażonymi
i z tymi, które nigdy się nie wydarzyły, ale mogły i
powinny się wydarzyć.
Tak,
w żadnym miejscu nie bywałem częściej niż tam,
nigdzie nie przechodziłem tak często, jak wskroś tych
zabudowań, rozrzuconych wzdłuż drogi bez ładu i składu:
te wszystkie stodoły, obory, stajnie, warsztaty, domy,
komórki, magazyny, budy i budki, garaże i Bóg wie co
jeszcze. Próbuję przypomnieć sobie psy, ale nie pamiętam
chyba żadnego z tamtych zamierzchłych już czasów,
chociaż jakieś musiały być, ponieważ obszczekiwały
mnie, gdy nocą wracałem do domu. Ostatnie psie ujadanie
i ostatnie światła – potem już tylko cisza i ciemność.
Zwłaszcza w zimie robiło to spore wrażenie. Można było
stanąć na przełęczy i patrzeć na nikły blask paru
okien, zagubiony w bezmiarze nocy.
Wielu
ważnych rzeczy nie mogę sobie przypomnieć. Na przykład,
o której odjeżdżał wtedy autobus. Albo w którym roku
w ogóle zaczął kursować do Banicy i do Krzywej. A w
jakie dni była dostawa do sklepu? We wtorki i piątki? W
poniedziałki i czwartki? W które dni przyjeżdżał
tylko chleb i piwo, a w które reszta towaru? I jakim
samochodem? Starem? Żukiem? Pamiętam tylko ten moment
wyczekiwania, aż auto pojawi się dwa kilometry dalej, w
Krzywej, i zacznie powoli pełznąć w dół dziurawą
drogą. Wtedy tłum stojący przed sklepem wchodził do środka
i formował rozdętą, nieregularną kolejkę. Myślę, że
jeszcze dziś mógłbym wymienić większość towarów
stojących na półkach: kawa turek, kawa inka, herbata
popularna i madras w sztywnych, szeleszczących torebkach,
dżem truskawkowy, dżem wiśniowy, wafelki cytrynowe,
wafelki kawowe, klopsy w sosie pomidorowym, fasola z kiełbasą,
ser salami, margaryna palma, pasztetówka, słonina i
kaszanka, na ladzie dwa wielkie kanciaste bloki –
marmolada i smalec, sól, cukier, olej, ryż, kasza i
makaron. Cebula. Woda mineralna wysowianka w szklanych
butelkach bez etykietek. Tutaj pamięć przechowała więcej,
ponieważ spędzałem w sklepie bardzo dużo czasu.
Kolejka rozdymała się, klęsła, zawijała i pełzła
według jakiegoś niezrozumiałego a skomplikowanego porządku.
(Kisiel, jeszcze kisiel – na śmierć bym zapomniał.
Kisiel w trzech smakach i w trzech smakach budyń!). Tłum
kręcił się, splatał i rozplatał, właściwie nie miał
ani początku, ani końca. Zakupy wcale nie były najważniejsze,
zakupy to był pretekst, to był dodatek do tej zbiorowej
obecności.
Zapamiętałem
to wszystko z nadmiaru czasu, ponieważ jako obcy i przybłęda
stałem na szarym końcu. Słuchałem i patrzyłem. Niektóre
kobiety kupowały po dziesięć bochenków chleba. Niektóre
odchodziły i wracały po kilka razy, bo coś im się
przypominało. Nikt na nikogo się nie denerwował ani nie
podnosił głosu. Wszyscy rozmawiali. To prawdopodobnie właśnie
w sklepie, w roku 1986 albo 1987, stojąc na końcu
kolejki, pojąłem, że ten świat jest oddzielny i
samowystarczalny.
W
ciepłe dni mężczyźni pili piwo. Siadali na dwóch ławkach
przed wejściem i brali całą skrzynkę, a właściwie
koszyk z powyginanego drutu, który mieścił chyba
dwadzieścia pięć flaszek 0,33. Pamiętam dźwięk, jaki
wydawało szkło dzwoniące o metal, lecz co do liczby nie
dałbym uciąć sobie głowy. Może w tym druciaku było
tylko dwadzieścia piw z browaru Grybów? Góral na
etykietce miał kapelusz i garbaty nos. Siadałem czasem
razem z nimi ze swoim piwem, trochę z boku, i słuchałem.
Rozmawiali o swojej pracy, o swoich traktorach,
przyczepach, o tym, co było, co jest, ale chyba nigdy o
tym, co będzie. Nie snuli planów, ponieważ je znali.
Miały nigdy się nie zmienić. Zawsze miały być
traktory, zawsze grybowskie piwo i praca, która brała się
nie wiadomo skąd, jak niebieska manna. Przychodziła
gdzieś ze świata, zjawiała się, wypełniała okolicę
jak powietrze i w gruncie rzeczy było jej tyle, że stawało
się obojętne, czy zostanie wykonana czy nie. W tamtych
czasach przypominała wieczność albo nieskończoność.
Ubrania
mieli szarogranatowe, na głowach czarne berety, na nogach
gumowce. Traktory stały obok, popyrkiwały z kominów na
wolnych obrotach i czekały. Tak, nie pamiętam rozmów o
przyszłości. Wszędzie i zawsze teraźniejszość
pomieszana pół na pół z przeszłością. Nikt nie miał
samochodu, więc nikt nie wyjeżdżał. Kończyło się
robotę i był albo dom, albo sklep, które też w jakiś
sposób były miejscem pracy, ponieważ tak jak traktory,
owce i przyczepy stanowiły wspólną własność ludu
pracującego miast i wsi.
Zdaje
się, że ten kolektywizm w jakiś sposób mnie wtedy
fascynował. Przypominał wiele rzeczy, ale nie był żadną
z nich. To było coś jak wojsko, jak więzienie, jak obóz,
ale jednocześnie czuło się w tym wszystkim coś na
kształt dziecięcego braku obowiązków, coś w rodzaju
szczenięcej swobody. Przeczucie podpowiadało mi, że oni
tam tak naprawdę mogą robić dokładnie to, co chcą, i
nic złego ich za to nie spotka. Taka szara, błotnista
wersja raju. Czasami widziałem, jak śpią w środku
dnia, ukryci w cieniu na skraju łąk, razem ze swymi
traktorami. Czasami widziałem, jak o zmierzchu chyłkiem
coś wynoszą. Czasami pytali, czy nie chcę tego czy
tamtego.
W
zimową noc widziane z przełęczy długie budynki stajen
i owczarni przypominały statki zagubione na morzu.
Szeregi małych okien świeciły żółtym blaskiem. Był
w tym widoku jakiś przedwieczny spokój. Stawałem sobie
i patrzyłem. Wiał zimny wiatr, a tam w środku pachniało
sianem i zwierzęcym ciepłem. W domach pachniało
gotowanymi ziemniakami, skwarkami i kapustą. Nikt się
nigdzie nie wybierał, nie musiał wychodzić w zimną
noc, bo nie miał dokąd ani po co. Wszystko było na
miejscu. Jak na statku. Albo raczej na wyspie, oddzielonej
od reszty świata bezmiarem ciemnych wód, w których
przepadały wszystkie groźby i pokusy.
Początek
muszę sobie wyobrażać. Robię to coraz częściej,
chociażby z tego względu, że coraz dłużej oglądam
koniec. Wyobrażam sobie jakieś legendarne czasy, jakieś
stworzenie świata systemem gospodarczym albo Genesis w
czynie społecznym: zielone zisy, sekretarzy w samodziałowych
kapotach, traktory na żelaznych kołach, belki i deski
wyszabrowane z wysiedlonych łemkowskich wsi, entuzjazm,
obietnice, syf, spryt, lampy naftowe, błoto przez pięć
miesięcy w roku, od każdego według możliwości, każdemu
według potrzeb – jakbym oglądał czarno-biały film na
tle zielono-błękitnego górskiego krajobrazu. Wyklęty
lud ziemi dostawał w końcu ziemię w posiadanie. Ech,
chciałbym tam być. Może niekoniecznie jako właśnie
lud, ale po prostu jako cień lub duch patrzeć i słuchać,
co mówią, podsłuchiwać, co myślą, czy naprawdę
wierzą w dobrą nowinę, która wyzwoli ich z lęku przed
tym, co ma nadejść, ze strachu przed mrokiem wolności,
z obawy przed paroksyzmem wyboru.
Czasami
rozmawiam z tym lub tamtym o przeszłości. Nie muszę właściwie
o nic pytać, bo przeszłość sama się zjawia w ich słowach.
Nawet gdy mówią o tym, co jest, mówią o przeszłości,
ponieważ wiedzą, że ich czas już się skończył. A w
każdym razie przestał płynąć w ten dawny, niezauważalny
sposób.
Nie
potrafię sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło. Nie
pamiętam pierwszych znaków. Nie wiem, czy najpierw zniknęły
zwierzęta czy traktory. Ale pamiętam ten nagły i dziwny
ruch w całej okolicy. Ludzie przekazywali sobie z ust do
ust wieści, że to tu, to tam można dostać tanio różne
rzeczy. Na polnych, leśnych drogach spotykało się
dziwne kawalkady nadpsutych, zdezelowanych, pordzewiałych
maszyn. Na przyczepach jechały jakieś rozmontowane
konstrukcje, fragmenty większych całości, jakieś znękane
mechanizmy, żelastwo pamiętające lepsze czasy. Jednocześnie
we wsiach, w obejściach, na podwórkach przybywało
rzeczy, pojazdów ze złomu, przechodzonych ciężarówek,
gdzieś kiedyś widziałem samochodowy dźwig. Wspólne i
niczyje na starość odnajdywało swoich panów. Niektórzy
z nich potrafili tchnąć nowe życie w dogorywające
mechanizmy. Klepali, rozkręcali, smarowali, dorabiali,
zmuszali do posłuchu i wysiłku w nowym, sprywatyzowanym
świecie.
Tymczasem
tutaj rządził zanik, odpływ, powolny rozpad, coś w
rodzaju spokojnego samounicestwienia. Robiło się coraz
puściej i coraz ciszej, chociaż ludzi wcale nie ubyło.
Po prostu nie mieli dokąd pójść, więc pozostawali na
swoich miejscach, w swoich domach, wpatrzeni w okna i w
ekrany telewizorów. Za oknami nic się nie zmieniało,
natomiast na ekranach ukazywały się rzeczy, których
istnienia nawet nie podejrzewali. Świat pękł w jakimś
miejscu i wirtualne pomieszało się z rzeczywistym. To było
trochę tak, jakby ciemność zmieszała się ze światłem
i zaczął się nieustanny zmierzch, a ludzie utracili
wyrazistość, kontury ich ciał przepadły i snuli się
jak cienie.
Ale
gdy już raz się jest na tym świecie, zniknięcie nie
przychodzi tak od razu. Pamiętam, jak któregoś dnia
zobaczyłem kilku facetów wysiadających z autobusu. Była
jesień, listopad, wczesny zmierzch, a oni mieli jeszcze
dwa kilometry do domu. Droga wiodła wśród szarych pól,
w burym powietrzu snuła się siwa mgła, a oni szli,
omijając błotniste kałuże. Byli kolorowi jak rajskie
ptaki, jak papugi, jak koguty. Żółć i czerwień, błękit
i seledyn, połysk czarnych plastikowych skór i blask żółtych
blaszek i łańcuszków przy noskach i obcasach
spiczastych butów. New York University, Chicago Bulls,
Paris..., London... W uszach kolczyki, spray i żel. Byli
jak zjawa wyrazistości w tym zanikającym świecie, jak
fatamorgana MTV w grząskim pejzażu listopada, jak
postmodernistyczny fantom zbłąkany w krainę wiecznych
Zaduszek.
Nic
tu nie dotarło, poza śmieciem i fikcją, poza resztkami
zużytych ubrań i strzępami elektronicznych obrazów, które
po drodze utraciły cały sens, jeśli w ogóle go
kiedykolwiek posiadały. To się snuje w powietrzu jak środek
do zwalczania czasu, wisi jak DDT, jak pestycyd uśmiercający
minuty, godziny, dni i lata, jak narkoza, która w końcu
zatrze granicę między życiem a śmiercią. Tego na świecie
jest pod dostatkiem: obrazów, które mają wypełnić
czas, i starych ubrań, podobnych do tych oglądanych w
telewizorze.
Od
tygodnia pada zimny deszcz. Czasami wyjeżdżam na przełęcz
i patrzę, jak szary pejzaż próbuje uporać się z
szarymi domami. Wydaje się, że z roku na rok idzie mu to
coraz lepiej. Lśniąca wstążka szosy urywa się przy
budynku z czerwonej cegły. Dalej nie ma już nic, tylko
pustka dziczejących łąk. No tak, zapomniałem o tej
szosie — to jest dość nowa rzecz. Wybudowano ją dwa
albo trzy lata temu. Być może jako ostatni znak, że
czas najwyższy stąd uciekać, że wkrótce pejzaż
zsunie się po pochyłości wzgórz i wejdzie między
domy, osty i trawy rozsadzą fundamenty, w kuchniach i
pokojach wyrosną drzewa, które przebiją dach i pięćdziesięcioletnia
historia dobiegnie końca. Nikt się nie będzie bronił,
nikt nie będzie miał sił ani ochoty, ponieważ to
wszystko — tak jak pięćdziesiąt lat temu — jest
niczyje.
Czasami
zaglądam do sklepu, w którym piętnaście lat temu stałem
długie godziny w kolejce. Teraz jest tu pusto. Nikt na
nic nie czeka z wyjątkiem sprzedawcy, który wygląda
klientów. Zamiast tłoczących się ludzi stoją towary
na półkach. Rozmaitość jest tak wielka, że po latach
nie będę w stanie przypomnieć sobie nawet niewielkiej
ich części. Sprzedawca wygląda na drogę przez
zakratowane okno. Czasami przychodzi dziecko z kartką.
Sprzedawca kładzie na ladzie parę rzeczy i zapisuje w
zeszycie dług. Jest pusto i cicho. Z kominów snuje się
niebieski dym. Nikt nie wychodzi, ponieważ pada deszcz,
ponieważ nie ma dokąd pójść, ponieważ nie ma żadnych
spraw, ponieważ nikomu nie są już potrzebni, ponieważ
nikt nie powiedział, co powinni, ponieważ nikt niczego
od nich nie chce, ponieważ nikt nie zjawia się, jak
niegdyś, by powiedzieć, co zrobić z nadchodzącym
dniem, ponieważ życie, pozbawione raptem formy, odzyskało
swój najpierwotniejszy kształt i teraz trzeba je tylko
spędzić.
Z
kominów snuje się niebieski dym, stara utopia zdycha,
ale tutaj ma wyjątkowo długą i męczącą śmierć.
Weszła w materię, w ściany domów, w cegłę i drewno,
w krew i sen, i teraz rozkłada się i zatruwa rzeczywistość
i dopiero gdy ją rozłoży, przetrawi, przeżre niczym
kwas, umrze razem z nią. Zostanie goła ziemia i będzie
tak, jak przed pięćdziesięciu laty — pusty skrawek na
skraju świata, gdzie zamiast równości będzie wolność.
Prawdopodobnie do ostatniego tchu.
Andrzej
Stasiuk
|